Dodatkowo, wczoraj Julka (ufff, jedyna zdrowa z dzieci), miała swój pierwszy koncert w szkole muzycznej. Więc zapakowałam dwójkę chorusków i swój zatkany nos do samochodu i pojechaliśmy. najpierw próba, potem obiad w barze i koncert. Było pięknie i wzruszająco, ale wróciłam wykończona. Dzisiaj czuję się znowu gorzej. A tu w sobotę miała być urodzinowa imprezka Amelki. Teraz stoi pod znakiem zapytania.
Niestety, nie mam żadnego zdjęcia z koncertu. Mam za to kiepskiej jakości filmik. Nic, czym można się pochwalić na blogu, ale dla mnie ma wartość sentymentalną :)
Chwalę się za to moim dzielnym synkiem, który w tym roku wziął sobie do serca, że mamusi buty są na mikołajki często puste (tu grozimy palcem Tatusiowi!) i pięknie mi je wypucował. Opłaciło się, bo Mikołaj wypełnił je po brzegi....puszką piwa (od tygodnia nie karmię Amelki piersią :)) i melisą (od rana mamy robotników na poddaszu i znowu się stresuję). Sama dorzuciłam sobie batonika marcepanowego. A co, i tak nie mogę schudnąć :D
Mam nadzieję, że u Was znacznie zdrowiej :)
