Warto przeczytać. Mocny, ale bardzo prawdziwy artykuł. Polecam!
https://www.gazetaprawna.pl/amp/892103,nasze-dzieci-to-najwieksze-pierdoly-na-swiecie-hodujemy-zombi-ktore-nie-wiedza-kim-sa.html?fbclid=IwAR01-EzO8MKILPkITrUpf9vGEpbl31SGWOKxEnkZyBJ-MrOLUTcx2c6Fuog
Od razu zaznaczę- moje dzieci są w ZHP. Syn lat 9 właśnie wrócił z 10-dniowej kolonii zuchowej w lesie. Spał pod namiotem, mył się co kilka dni w jeziorance. Nie był zachwycony, kiedy po niego przyjechaliśmy. Uwielbia nocować w lesie. W czasie zajęć biegał po chaszczach, strugał drewno scyzorykiem i siusiał w drewnianej latrynie. Nie martwiłam się ani przez minutę. Sama tak właśnie spędzałam przez wiele lat moje wakacje.
Córka lat 12 jest właśnie na swoim pierwszym obozie harcerskim. Do ZHP wstąpiła dopiero we wrześniu, bo wcześniej zbiórki kolidowały jej ze szkołą muzyczną. Teraz nie przepuści żadnej okazji, żeby spędzić czas z przyjaciółkami z zastępu. Na obozie spędzi w sumie 21 dni. Śpi na pryczy, którą sama zbudowała z drewna. Musiała ją zaprojektować, wymierzyć, przyciąć drewno i pozbijać w całość. Mówi, że jest mega wygodnie. Jej ubrania są nieco przybrudzone i lekko wilgotne, bo leżą w namiocie na drewnianej półce, którą też zbudowała sama. Jakoś nikomu to nie przeszkadza. Co kilka dni ma dyżur w kuchni i nocną wartę w obozie głównym. Już dwa razy stała od 24-2.00. Mówi, że było trochę strasznie, ale fajnie. W głosie słyszałam dumę, że dała radę. Kolejne warty już jej nie przerażają. Ja też jestem z niej dumna.
Jako mamę cieszę się, że moje dzieci mają okazję zobaczyć choć trochę, jak wyglądały wakacje ich rodziców. Niektóre rzeczy się w międzyczasie zmieniły, ale z grubsza wygląda to tak samo. Odwiedziliśmy ich z naszą najmłodszą pociechą. Mieliśmy w planie jedną nockę pod namiotem, ale Amelce tak bardzo się podobało, że zostaliśmy na dwie. Wiemy już, że za rok ona też zacznie swoją harcerską przygodę.
Pliki do pobrania
Etykiety
eksperymenty
(37)
jestem mamą
(37)
prace plastyczne
(28)
przyroda wokół nas
(24)
piątki z eksperymentami
(23)
z papieru
(20)
prezenty
(17)
wiosna
(17)
zabawy na świeżym powietrzu
(17)
zmysły pracują
(17)
świat zwierząt
(16)
sposób na dziecko
(14)
miejsca na wycieczki
(13)
nauka czytania i pisania
(13)
polecam
(13)
zima
(13)
lato
(12)
wesoła matematyka
(12)
woda
(12)
dzieci w kuchni
(11)
Boże Narodzenie
(10)
igłą i nitką
(10)
recykling
(9)
rośliny
(9)
tekściory
(9)
Tatry z dziećmi
(8)
nowe doświadczenia
(8)
zabawy ruchowe
(8)
zabawy z niemowlęciem
(8)
zmysłowe piątki
(8)
Wielkanoc
(7)
farbami
(7)
kwiaty
(7)
niekoniecznie pędzlem
(7)
projekt tęcza
(7)
przygotowanie do czytania i pisania
(7)
Kosmiczny listopad
(6)
OK
(6)
Pomoce dydaktyczne
(6)
dla mamy
(6)
kosmos
(6)
kreatywne
(6)
zabawy z małym dzieckiem
(6)
dotyk
(5)
pisanie
(5)
wakacyjna szkoła 2015
(5)
wyklejanka
(5)
fotografia
(4)
kolorowe nutki
(4)
książki
(4)
smak
(4)
sprawdzenie wiedzy
(4)
słuch
(4)
Słońce
(3)
Ziemia
(3)
czytanie ze zrozumieniem
(3)
dla niejadka
(3)
jesień
(3)
kalendarz adwentowy
(3)
kartki
(3)
konspekty lekcji
(3)
patriotycznie
(3)
pomysły na w-f
(3)
projekty
(3)
równowaga
(3)
w mojej klasie
(3)
węch
(3)
zabawy dla pierwszaków
(3)
zabawy w domu
(3)
zabawy w szkole
(3)
zabawy ze słowami
(3)
ciąża
(2)
las
(2)
lekcja inaczej
(2)
mali rzeźbiarze
(2)
pisanie nie musi być nudne!
(2)
storyline
(2)
tutorial
(2)
układanki
(2)
wakacje
(2)
walentynki
(2)
wzrok
(2)
z komputerem za pan brat
(2)
zabawy integrujące
(2)
zdrowie
(2)
BuJo nauczanki
(1)
Nowy Rok
(1)
OK zeszyt
(1)
człowiek
(1)
escape room
(1)
gry komputerowe
(1)
gry na lekcjach
(1)
gry planszowe
(1)
inne
(1)
jak się uczyć
(1)
lalki
(1)
lapbook
(1)
mała fizyka
(1)
mikołąjki
(1)
mnemotechniki
(1)
noc naukowców
(1)
ogień
(1)
origami
(1)
pamięć
(1)
pojazdy
(1)
postanowienia
(1)
powietrze
(1)
warzywa
(1)
wyzwania
(1)
zabawy dla maluchów
(1)
zabawy z angielskim
(1)
zabawy z muzyką
(1)
zasady w klasie
(1)
zwierzęta
(1)
życie z nastolatką
(1)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polecam. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polecam. Pokaż wszystkie posty
środa, 24 lipca 2019
czwartek, 5 stycznia 2017
Pomysł na prezent na Dzień Babci i Dziadka
Święto Babci i Dziadka zbliża się wielkimi krokami. Jeśli nie macie jeszcze pomysłów na prezenty, polecam Wam wydrukowanie fotoksiążki. Która babcia nie ucieszyłaby się z książki ze zdjęciami swoich wnuków?
U nas jest już inny pomysł na prezenty dla babć (dzieci zrobią same, ale nie mogę zdradzić przed czasem co, bo dziadkowi tu czasem zaglądają :)), ale moje babcie dostaną właśnie podobne fotoksiążki. Jak dobrze, że ostatnio zrobiłam im dużo zdjęć z prawnukami. Będzie z czego wybierać :)
Jeśli jeszcze nie zrobiliście idealnych zdjęć, też się nie martwcie. W Saal-Digital zamówienia są realizowane ekspresowo. Moja książka drukowała się już kilka godzin po złożeniu zamówienia! U nas na razie były na tapecie zdjęcia wakacyjne.
Oglądanie zdjęć to też świetna zabawa. Amelka robi to kilka razy dziennie, nazywając poszczególnych członków rodziny. Uwielbia to :)
U nas jest już inny pomysł na prezenty dla babć (dzieci zrobią same, ale nie mogę zdradzić przed czasem co, bo dziadkowi tu czasem zaglądają :)), ale moje babcie dostaną właśnie podobne fotoksiążki. Jak dobrze, że ostatnio zrobiłam im dużo zdjęć z prawnukami. Będzie z czego wybierać :)
Jeśli jeszcze nie zrobiliście idealnych zdjęć, też się nie martwcie. W Saal-Digital zamówienia są realizowane ekspresowo. Moja książka drukowała się już kilka godzin po złożeniu zamówienia! U nas na razie były na tapecie zdjęcia wakacyjne.
Oglądanie zdjęć to też świetna zabawa. Amelka robi to kilka razy dziennie, nazywając poszczególnych członków rodziny. Uwielbia to :)
piątek, 25 marca 2016
Pomysły na prezenty
Rok temu w mojej rodzinie był wysyp dzieci. Dosłownie. W przeciągu roku i dwóch tygodni urodziła się 4 dzieci (moje dwie siostry, szwagierka i ja). Przy każdym chrzcinach i roczku zastanawiałam się długo nad prezentem. I tak przyszedł mi do głowy pomysł na tego posta.
Nasze prezentowe hiciory dla maluszka:
Konik na biegunach- sprawdził się przy całej mojej trójce. Julce kupiliśmy go na roczek i była zachwycona. Później przejął go Krzyś i po trzech latach użytkowania konika trzeba było zutylizować, bo niewiele z niego zostało :) Melka dostała od chrzestnego na roczek swojego konika i ujeżdża go cała trójka. Młoda potrafi już sama się na nim bujać i zejść. Naśladuje też dźwięki wydawane przez konika i doskonale wie, gdzie nadusić, żeby je usłyszeć.
Przy zakupie konika, oprócz estetyki jego wykonania, warto zwrócić uwagę również na to czy jest stabilny (nie przewróci się łatwo na boki ani do przodu czy tyłu), czy siodło się nie obraca (dziecko może razem z nim zjechać z konika), czy uchwyt na głowie będzie dla dziecka wygodny.
Wózek dla lalki/ pchacz- Melka uwielbia lalki. Ciągle je nosiła pod pachą, więc kupiliśmy jej wózeczek. Długo go szukałam, bo chciałam, żeby spełniał kilka warunków:
- był estetycznie wykonany
- nie z plastiku
- niski, bo dla roczniaczka
- stabilny, bo miał służyć również jako pomoc w nauce chodzenia
- nie miał nas zrujnować finansowo :)
Udało się. Wózeczek kupiłam na allegro. Mam do niego dwa zastrzeżenia- przyszedł w częściach i nie wszystkie dziurki pasowały do śrubek (tatuś miał zabawę) i dwie części ciągle wypadały. Na szczęście po użycoiu kleju do drewna, wózek jest idealny. Melka uwielbia chodzić z nim na spacerki i taranować stół w salonie. Uparcie wjeżdża w jedną nogę....
Rodzinna sesja foto- coraz modniejszy prezent. Trzeba się tylko zorientować, czy obdarowani rodzice mają na to ochotę. Poza tym fajny pomysł.
(Nasze zdjęcia nie są od fotografa, bo nikt nie wpadł na ten pomysł, niestety, a nie mogliśmy sobie na to pozwolić. Pstrykałam więc sama, ile wlezie i uwielbiam te zdjęcia :))
Książeczki- powiecie, że każdy maluszek dostaje książeczki. Ale nie takie, jakie dostała Melka. Moja siostra kupiła jej na roczek zestaw 4 książek, którę posłużą nam przez kilka lat. A potem je zabiorę do pracy, bo mam pomysł jak je wykorzystać w nauczaniu początkowym :) Ale o naszych książeczkach napiszę przy innej okazji.
W sklepach jest szeroka oferta takich wyjąkowych książeczek. Trzeba tylko trochę poszukać. Warto pytać w księgarniach, a nie tylko w sklepach z artykułami dla dzieci, gdzie asortyment jest mocno ograniczony.
Ciekawe są książeczki wydające dźwięki, w ruchomymi elementami, ze zdjęciami dziecka jako głównego bohatera albo modne ostatnio qiuetbooki, czyli książeczki z tkaniny, w których czeka pełno niespodzianek. Plusem tych ostatnich jest możliwość zamówienia imienia dziecka na okładce.
Taką uszyłam parę miesięcy temu dla małej Anulki. Tu ruchomych elementów jest niewiele, bo miałam się skupić bardziej na kolorach i fakturach tkanin.
Rowerek- roczkowy standard :) Nasz jest świetny- stabilny, z daszkiem, rączką do prowadzenia, która może skręcać rowerkiem, dzwonkiem (To jest atrakcja!), koszyczkiem na drobiazgi, pasami bezpieczeństwa (ważne dla maluszka), pedałami, które można unieruchomić i wtedy dziecko trzyma nóżki na podkładce. Małej bardzo się podoba. Czas na testy na dworze. Na razie kursuje po domu.
Garnuszek na klocuszek- zabawka niezniczszalna. Amelka ma ją po Julce, która użyczyła zabawki Krzysiowi i dwóm kuzynom. Piąte dziecko (żadne nie było zbyt delikatne), kilka nadepnięć na klocki w nocy (a lekka to ja nie jestem), a zabawka wciąż wygląda prawie jak nowa. W niektórych miejscahc widać lekkie zarysowania. Poza tym działa bez zarzutu. Polecam szczerze, bo u mnie to był strzał w dziesiątkę. Cała trójka uwielbiała. Zabawka śpiewa, mówi, reaguje na wrzucenie klocuszków do garnuszka, ma świetną pokrywkę, która może też służyć jako tarcza lub kapelusz i dziurki po bokach- sorter, które reagują dźwiękiem na włożenie klocka (lub rączki...).
Doniczki/ Kubeczki- Melka ma dwa zestawy i oba są świetne. Początkowo służyły głównie jako nakrycie głowy Melki i jej lalek (czyt. zostaw dziecko pod opieką taty :)), ale teraz potrafi już ułożyć z nich wieżę albo włożyć jeden kubeczek w drugi. Miesza przy tym obydwa zestawy, ale czy komuś to przeszkadza? Nam nie.
Dalej będzie bez zdjęć :)
Grawerowane sztućce- mój chrześniak dostał komplet na chrzciny i bardzo mi się ten pomysł spodobał. Nie jakaś malutka srebrna łyżeczka do szukania ząbków, bo choć urocza, to wolę jednak rzeczy praktyczne, ale cały zestaw dla dziecka- łyżka, łyżeczka, widelec i nóg. I to wszystko z imieniem dziecka, a na nożu na przykład data chrztu albo urodzenia. Całkiem ładne i praktyczne.
Mata edukacyjna- świetny prezent, na który nie wpadłam przed chrzcinami Amelki, za to kupiłam dla mojego chrześniaka. Najlepsze są te z pałąkami i przywieszanymi zabawkami, które można odpiąć i wyprać, zamienić miejscami. Świetny prezent dla każdej mamy -chwila wytchnienia :)
Stolik edukacyjny- przy takim stoliku maluch może stabilnie stać (trzeba to sprawdzić czy jest stabilny) i manipulować różnymi elementami. Trzeba też sprawdzić czy wszystkie elementy są odpowiednio duże. Te małe maluszek może wziąć do buzi. Nasz jest bardzo często w użyciu.
To nasze top10. A jakie fajne prezenty dostały Wasze maluszki?
Nasze prezentowe hiciory dla maluszka:
Konik na biegunach- sprawdził się przy całej mojej trójce. Julce kupiliśmy go na roczek i była zachwycona. Później przejął go Krzyś i po trzech latach użytkowania konika trzeba było zutylizować, bo niewiele z niego zostało :) Melka dostała od chrzestnego na roczek swojego konika i ujeżdża go cała trójka. Młoda potrafi już sama się na nim bujać i zejść. Naśladuje też dźwięki wydawane przez konika i doskonale wie, gdzie nadusić, żeby je usłyszeć.
Przy zakupie konika, oprócz estetyki jego wykonania, warto zwrócić uwagę również na to czy jest stabilny (nie przewróci się łatwo na boki ani do przodu czy tyłu), czy siodło się nie obraca (dziecko może razem z nim zjechać z konika), czy uchwyt na głowie będzie dla dziecka wygodny.
Wózek dla lalki/ pchacz- Melka uwielbia lalki. Ciągle je nosiła pod pachą, więc kupiliśmy jej wózeczek. Długo go szukałam, bo chciałam, żeby spełniał kilka warunków:
- był estetycznie wykonany
- nie z plastiku
- niski, bo dla roczniaczka
- stabilny, bo miał służyć również jako pomoc w nauce chodzenia
- nie miał nas zrujnować finansowo :)
Udało się. Wózeczek kupiłam na allegro. Mam do niego dwa zastrzeżenia- przyszedł w częściach i nie wszystkie dziurki pasowały do śrubek (tatuś miał zabawę) i dwie części ciągle wypadały. Na szczęście po użycoiu kleju do drewna, wózek jest idealny. Melka uwielbia chodzić z nim na spacerki i taranować stół w salonie. Uparcie wjeżdża w jedną nogę....
Rodzinna sesja foto- coraz modniejszy prezent. Trzeba się tylko zorientować, czy obdarowani rodzice mają na to ochotę. Poza tym fajny pomysł.
(Nasze zdjęcia nie są od fotografa, bo nikt nie wpadł na ten pomysł, niestety, a nie mogliśmy sobie na to pozwolić. Pstrykałam więc sama, ile wlezie i uwielbiam te zdjęcia :))
Książeczki- powiecie, że każdy maluszek dostaje książeczki. Ale nie takie, jakie dostała Melka. Moja siostra kupiła jej na roczek zestaw 4 książek, którę posłużą nam przez kilka lat. A potem je zabiorę do pracy, bo mam pomysł jak je wykorzystać w nauczaniu początkowym :) Ale o naszych książeczkach napiszę przy innej okazji.
W sklepach jest szeroka oferta takich wyjąkowych książeczek. Trzeba tylko trochę poszukać. Warto pytać w księgarniach, a nie tylko w sklepach z artykułami dla dzieci, gdzie asortyment jest mocno ograniczony.
Ciekawe są książeczki wydające dźwięki, w ruchomymi elementami, ze zdjęciami dziecka jako głównego bohatera albo modne ostatnio qiuetbooki, czyli książeczki z tkaniny, w których czeka pełno niespodzianek. Plusem tych ostatnich jest możliwość zamówienia imienia dziecka na okładce.
Taką uszyłam parę miesięcy temu dla małej Anulki. Tu ruchomych elementów jest niewiele, bo miałam się skupić bardziej na kolorach i fakturach tkanin.
Rowerek- roczkowy standard :) Nasz jest świetny- stabilny, z daszkiem, rączką do prowadzenia, która może skręcać rowerkiem, dzwonkiem (To jest atrakcja!), koszyczkiem na drobiazgi, pasami bezpieczeństwa (ważne dla maluszka), pedałami, które można unieruchomić i wtedy dziecko trzyma nóżki na podkładce. Małej bardzo się podoba. Czas na testy na dworze. Na razie kursuje po domu.
Garnuszek na klocuszek- zabawka niezniczszalna. Amelka ma ją po Julce, która użyczyła zabawki Krzysiowi i dwóm kuzynom. Piąte dziecko (żadne nie było zbyt delikatne), kilka nadepnięć na klocki w nocy (a lekka to ja nie jestem), a zabawka wciąż wygląda prawie jak nowa. W niektórych miejscahc widać lekkie zarysowania. Poza tym działa bez zarzutu. Polecam szczerze, bo u mnie to był strzał w dziesiątkę. Cała trójka uwielbiała. Zabawka śpiewa, mówi, reaguje na wrzucenie klocuszków do garnuszka, ma świetną pokrywkę, która może też służyć jako tarcza lub kapelusz i dziurki po bokach- sorter, które reagują dźwiękiem na włożenie klocka (lub rączki...).
Doniczki/ Kubeczki- Melka ma dwa zestawy i oba są świetne. Początkowo służyły głównie jako nakrycie głowy Melki i jej lalek (czyt. zostaw dziecko pod opieką taty :)), ale teraz potrafi już ułożyć z nich wieżę albo włożyć jeden kubeczek w drugi. Miesza przy tym obydwa zestawy, ale czy komuś to przeszkadza? Nam nie.
Dalej będzie bez zdjęć :)
Grawerowane sztućce- mój chrześniak dostał komplet na chrzciny i bardzo mi się ten pomysł spodobał. Nie jakaś malutka srebrna łyżeczka do szukania ząbków, bo choć urocza, to wolę jednak rzeczy praktyczne, ale cały zestaw dla dziecka- łyżka, łyżeczka, widelec i nóg. I to wszystko z imieniem dziecka, a na nożu na przykład data chrztu albo urodzenia. Całkiem ładne i praktyczne.
Mata edukacyjna- świetny prezent, na który nie wpadłam przed chrzcinami Amelki, za to kupiłam dla mojego chrześniaka. Najlepsze są te z pałąkami i przywieszanymi zabawkami, które można odpiąć i wyprać, zamienić miejscami. Świetny prezent dla każdej mamy -chwila wytchnienia :)
Stolik edukacyjny- przy takim stoliku maluch może stabilnie stać (trzeba to sprawdzić czy jest stabilny) i manipulować różnymi elementami. Trzeba też sprawdzić czy wszystkie elementy są odpowiednio duże. Te małe maluszek może wziąć do buzi. Nasz jest bardzo często w użyciu.
To nasze top10. A jakie fajne prezenty dostały Wasze maluszki?
poniedziałek, 16 lutego 2015
A skąd się biorą dzieci?
No i właśnie- po pojawieniu się siostry i u nas padło to pytanie. W dodatku Julka ostatnio bardzo uważnie słucha (oczywiście, tylko tego, czego nie ma) i zaczęła wypytywać dlaczego ja wróciłam do domu po 2 dniach, ciocia po 4 i co to jest cesarka. Zwlekałam z tym tematem, bo wydawało mi się, że to jeszcze nie ten czas. Okazuje się, że inne znajome mamy już uświadomiły swoje ośmiolatki. Jakoś mi to nie podchodzi, że tak wcześnie, ale nie ściemniałam o bocianach ani kapuście :) tylko zaopatrzyłam się w bibliotece w odpowiednią literaturę i uświadomiłam dziecko. Młodszego przy okazji częściowo też. O porodzie mu szczegółowo nie opowiadałam jeszcze. Na co to pięciolatkowi? Chyba, że jakaś zacofana jestem?
W każdym razie, gdyby któraś zaglądająca tu mama miała ten sam dylemat, to polecam dwie pozycje książkowe, które wypożyczyłam.
Pierwsza z nich jest dla młodszych dzieci. Jest to zabawna i ciepła historyjka o Wacku, który przy okazji swoich urodzin zaczyna się zastanawiać, skąd się w ogóle wziął i czy babcia i ciocia mówią prawdę. Babcia twierdzi, że Wacusia przyniósł bocian, a ciocia, że rodzicie kupili go w szpitalu. Jednak rodzice spokojnie wyjaśniają malcowi co i jak, cierpliwie odpowiadając na pytania synka. Na przykład o to, czy robił w brzuchu siusiu :) Książeczka z rysunkami Edwarda Lutczyna- uwielbiam! bardzo się podobała moim dzieciakom.

Pokazuje przyjście na świat dziecka od momentu poznania się rodziców.
Są duże rysunki opatrzone prostym wyjaśnieniem
Druga książka jest dla nieco starszych dzieci. Julka interesujące rozdziały czytała sobie sama a potem o tym rozmawiałyśmy. Jest to książka dla dzieci i dla rodziców. Na pomarańczowych stronach są porady dla rodziców jak rozmawiać z dziećmi o seksie, a także jak chronić je przed molestowaniem. W tej książce ilustracje są już poważniejsze. Jest kilka ilustracji narządów płciowych, które rozbawiły moje dzieci, choć nie kryjemy się specjalnie z nagością w domu, żeby nie było to tematem tabu. Są też rysunki pokazujące jak rozwija się dziecko w macicy. Tym Julka była bardzo zainteresowana. Samym porodem też. Nie chciałam jej przestraszyć ani zniechęcić do posiadania dzieci :), ale przyjęła wszystko bardzo spokojnie i dojrzale. Myślę, że to był jednak dobry moment na tą rozmowę.
Może macie jeszcze inne ciekawe pozycje do polecenia na ten temat?
W każdym razie, gdyby któraś zaglądająca tu mama miała ten sam dylemat, to polecam dwie pozycje książkowe, które wypożyczyłam.
Pierwsza z nich jest dla młodszych dzieci. Jest to zabawna i ciepła historyjka o Wacku, który przy okazji swoich urodzin zaczyna się zastanawiać, skąd się w ogóle wziął i czy babcia i ciocia mówią prawdę. Babcia twierdzi, że Wacusia przyniósł bocian, a ciocia, że rodzicie kupili go w szpitalu. Jednak rodzice spokojnie wyjaśniają malcowi co i jak, cierpliwie odpowiadając na pytania synka. Na przykład o to, czy robił w brzuchu siusiu :) Książeczka z rysunkami Edwarda Lutczyna- uwielbiam! bardzo się podobała moim dzieciakom.

Pokazuje przyjście na świat dziecka od momentu poznania się rodziców.
Są duże rysunki opatrzone prostym wyjaśnieniem
I ulubiony rysunek Krzysia :)
Druga książka jest dla nieco starszych dzieci. Julka interesujące rozdziały czytała sobie sama a potem o tym rozmawiałyśmy. Jest to książka dla dzieci i dla rodziców. Na pomarańczowych stronach są porady dla rodziców jak rozmawiać z dziećmi o seksie, a także jak chronić je przed molestowaniem. W tej książce ilustracje są już poważniejsze. Jest kilka ilustracji narządów płciowych, które rozbawiły moje dzieci, choć nie kryjemy się specjalnie z nagością w domu, żeby nie było to tematem tabu. Są też rysunki pokazujące jak rozwija się dziecko w macicy. Tym Julka była bardzo zainteresowana. Samym porodem też. Nie chciałam jej przestraszyć ani zniechęcić do posiadania dzieci :), ale przyjęła wszystko bardzo spokojnie i dojrzale. Myślę, że to był jednak dobry moment na tą rozmowę.
Może macie jeszcze inne ciekawe pozycje do polecenia na ten temat?
sobota, 11 października 2014
Śladami mamy....
No i przyszedł ten czas, że Julka zaczęła jęczeć, że ona chce własnego konika i uczyć się jeździć. Z kupnem swojego konika jeszcze się trochę wstrzymamy (przynajmniej do wygranej w totka :)), ale po roku marudzenia, ustąpiliśmy i zapisaliśmy ją na lekcje jazdy konnej. Cieszę się, bo ja również zaczęłam w jej wieku i była to dla mnie cudowna, niezapomniana przygoda i hobby. Do dziś kocham konie i jak tylko dojdę do siebie po porodzie, zamierzam powoli wrócić do jazdy konnej.
W każdym razie wczoraj po raz pierwszy zawiozłam ją na koniki i obie wróciłyśmy zachwycone. Co prawda, kilka osób próbowało mnie przekonać, że to jest zła decyzja (bo niebezpieczny sport i zwierzęta, bo nie ta stajnia, bo drogo), ale ja wiem swoje i zamierzam się z Wami podzielić moimi przemyśleniami na ten temat.
Dlaczego warto zapisać dziecko na jazdę konną?
- kontakt z dużym zwierzęciem dodaje nieśmiałym dzieciom pewności siebie
- świadomość panowania nad takim dużym zwierzęciem to kolejne punkty do pewności siebie
- to jest świetne ćwiczenie równowagi i koordynacji ruchowej
- ćwiczenie koncentracji uwagi- trzeba być cały czas skupionym, bo jednak koń to tylko zwierzę i trzeba być czujnym
- ćwiczenie cierpliwości i delikatności- przy czyszczeniu, witaniu się w koniem, siodłaniu
- to po prostu cudowna pasja!
Na co zwrócić uwagę wybierając stajnię?
- jak instruktorzy i obsługa traktują zwierzęta- od razu zrezygnowałam z miejsca, gdzie widziałam jak biją konia
- jak instruktor odnosi się do dziecka- musi być cierpliwy i pogodny. Warto przejechać się wcześniej i obejrzeć lekcję dla innej grupy dzieci
- czy jazda jest tylko dla mojego dziecka, czy jest to grupa dzieci (dla mnie grupka dzieci to ogromny plus- dzieci dzielą swoją pasję z innymi i zawiązują się nowe znajomości i przyjaźnie, jeżdżą razem i doskonalą umiejętność jazdy w grupie, a nie tylko w pojedynkę)
- jak długo dziecko jeździ na lonży ( zdecydowanie nie powinno to być dłużej niż kilka pierwszych lekcji, potem czas na samodzielne próby)
- na jakiej zasadzie dobierają dziecku konika (powinien być na początek bardzo spokojny i oswojony z dziećmi, a nie przypadkowy, bo tak wypada w grafiku)
- czy przed jazdą dziecko poznaje konia, czyści go, siodła (oczywiście z pomocą i instrukcją ze strony opiekuna ze stajni), poznaje fachowe słownictwo, uczy się prawidłowo prowadzić konia,m wsiadać i zsiadać- jeśli tego nie ma, według mnie nauka nie ma sensu. Jazda konna to nie tylko galop po lesie, ale również przygotowanie konia.
- czy w czasie lekcji dzieci tylko jeżdżą w kółko, czy wykonują ćwiczenia- Julka wczoraj wymachiwała rączkami, robiła młynek (przesiadka na koniu z siedzenia przodem do siedzenia tyłem i tak o 360 stopni obrót naookoło), jeżdżenie ze strzemionami i bez, jazda z rączkami na biodrach, dosięganie do uszu i ogona w czasie jazdy stępem, anglezowanie i kłus ćwiczebny. To wszystko powinno się pojawić w czasie kilku pierwszych lekcji. U Julki wszystko miało miejsce na pierwszych zajęciach, ale było dostosowane do jej możliwości, odwagi i postępów. Inna dziewczynka (młodsza) wykonywała tylko niektóre z tych ćwiczeń.
Oczywiście, nie ukrywajmy, że istotne jest również ile taka przyjemność kosztuje i jak daleko mamy do stajni. My wybraliśmy trzecią pod względem kosztów i odległości, za to najlepszą jeśli chodzi o opinie i moje odczucia. Zresztą, kiedyś sama tam kilka razy jeździłam i zrobili na mnie dobre wrażenie.
Mam nadzieję, że komuś się te rady przydadzą. A tymczasem wrzucam dokumentację fotograficzną:
Julka nie może się już doczekać kolejnej jazdy i to jest minus- buzia jej się nie zamyka na ten temat :)
W każdym razie wczoraj po raz pierwszy zawiozłam ją na koniki i obie wróciłyśmy zachwycone. Co prawda, kilka osób próbowało mnie przekonać, że to jest zła decyzja (bo niebezpieczny sport i zwierzęta, bo nie ta stajnia, bo drogo), ale ja wiem swoje i zamierzam się z Wami podzielić moimi przemyśleniami na ten temat.
Dlaczego warto zapisać dziecko na jazdę konną?
- kontakt z dużym zwierzęciem dodaje nieśmiałym dzieciom pewności siebie
- świadomość panowania nad takim dużym zwierzęciem to kolejne punkty do pewności siebie
- to jest świetne ćwiczenie równowagi i koordynacji ruchowej
- ćwiczenie koncentracji uwagi- trzeba być cały czas skupionym, bo jednak koń to tylko zwierzę i trzeba być czujnym
- ćwiczenie cierpliwości i delikatności- przy czyszczeniu, witaniu się w koniem, siodłaniu
- to po prostu cudowna pasja!
Na co zwrócić uwagę wybierając stajnię?
- jak instruktorzy i obsługa traktują zwierzęta- od razu zrezygnowałam z miejsca, gdzie widziałam jak biją konia
- jak instruktor odnosi się do dziecka- musi być cierpliwy i pogodny. Warto przejechać się wcześniej i obejrzeć lekcję dla innej grupy dzieci
- czy jazda jest tylko dla mojego dziecka, czy jest to grupa dzieci (dla mnie grupka dzieci to ogromny plus- dzieci dzielą swoją pasję z innymi i zawiązują się nowe znajomości i przyjaźnie, jeżdżą razem i doskonalą umiejętność jazdy w grupie, a nie tylko w pojedynkę)
- jak długo dziecko jeździ na lonży ( zdecydowanie nie powinno to być dłużej niż kilka pierwszych lekcji, potem czas na samodzielne próby)
- na jakiej zasadzie dobierają dziecku konika (powinien być na początek bardzo spokojny i oswojony z dziećmi, a nie przypadkowy, bo tak wypada w grafiku)
- czy przed jazdą dziecko poznaje konia, czyści go, siodła (oczywiście z pomocą i instrukcją ze strony opiekuna ze stajni), poznaje fachowe słownictwo, uczy się prawidłowo prowadzić konia,m wsiadać i zsiadać- jeśli tego nie ma, według mnie nauka nie ma sensu. Jazda konna to nie tylko galop po lesie, ale również przygotowanie konia.
- czy w czasie lekcji dzieci tylko jeżdżą w kółko, czy wykonują ćwiczenia- Julka wczoraj wymachiwała rączkami, robiła młynek (przesiadka na koniu z siedzenia przodem do siedzenia tyłem i tak o 360 stopni obrót naookoło), jeżdżenie ze strzemionami i bez, jazda z rączkami na biodrach, dosięganie do uszu i ogona w czasie jazdy stępem, anglezowanie i kłus ćwiczebny. To wszystko powinno się pojawić w czasie kilku pierwszych lekcji. U Julki wszystko miało miejsce na pierwszych zajęciach, ale było dostosowane do jej możliwości, odwagi i postępów. Inna dziewczynka (młodsza) wykonywała tylko niektóre z tych ćwiczeń.
Oczywiście, nie ukrywajmy, że istotne jest również ile taka przyjemność kosztuje i jak daleko mamy do stajni. My wybraliśmy trzecią pod względem kosztów i odległości, za to najlepszą jeśli chodzi o opinie i moje odczucia. Zresztą, kiedyś sama tam kilka razy jeździłam i zrobili na mnie dobre wrażenie.
Mam nadzieję, że komuś się te rady przydadzą. A tymczasem wrzucam dokumentację fotograficzną:
Julka nie może się już doczekać kolejnej jazdy i to jest minus- buzia jej się nie zamyka na ten temat :)
środa, 8 października 2014
Wizyta w cyrku
Wiem, wiem. Wszędzie się trąbi, że w cyrku męczy się zwierzęta (zgadzam się z tym) i że w związku z tym nie wolno tam chodzić. Ale jak to odmówić dzieciom, kiedy cyrk rozbija się zaraz za naszym domem? I to dosłownie. Kiedy rano odsłaniałyśmy z Julką rolety zobaczyłyśmy za oknem wielbłąda :) Dobrze, że nie u nas w ogródku, bo pies by chyba na zawał zszedł :)
W każdym razie poszliśmy i nie żałuję. Tak sobie myślę, że fajnie, żeby dziecko chociaż raz poszło w takie miejsce i poczuło tą specyficzną atmosferę. Moi byli zachwyceni. Atrakcji dla nich co niemiara.
Krzyś przy każdym wyjściu klauna tak się śmiał, że aż się ludzie oglądali :) Normalnie zanosił się śmiechem, zanim klaun cokolwiek zrobił :) Były też oczywiście pokazy sztuczek z wykorzystaniem zwierząt (trochę nie zrozumiałam przesłania pokazania dzieciom trzech żółwi, węży, które nic nie robiły i krokodyla, któremu pozwolili zrobić 5 kroków w stronę widowni - z zawiązaną paszczą):
- kot chodzący po równoważni- szok, no nie? :)
- kot poruszający się ....nie wiem jak to określić- na pachach?
- wielbłąd biegający w tą i z powrotem na mini arenie....
- pieski wożone w wózku dla lalek i samochodzikach
- pieski "śpiewające" z playbacku przez mikrofon- to było śmieszne, bo wylizywały mikrofony :)
- fretki przechodzące tor przeszkód
- gołębię chodzące po parasolu i kuli
W końcu była też przejażdżka na wielbłądzie (10 zł za jedno okrążenie. Nic, tylko kupić wielbłąda- 1zł za krok?) Ale atrakcja niezaprzeczalna. Julka się śmiała, że był taki ciepły, że wolałaby wielbłąda zamiast kaloryferów :)
Był też akrobata. W pierwszej sztuczce przebrany za Spidermana, więc radość Krzysia ogromna :)
Oczywiście były też inne atrakcje: połykanie ognia, taniec z płonącymi kulami, kręcenie talerzami na kiju, kręcenie 20 kołami hulahop naraz, popcorn i świecące zabawki. Czyli kicz i hałas :)
I mimo iż dla mnie to była średnia atrakcja (za głośno, mało widać, ławki niewygodne i bolały mnie plecy), to nie żałuję, że poszliśmy. Dzieciaki bardzo to przeżywały i dla niech była to nie lada atrakcja. Wrócili pełni wrażeń. I tak właśnie sobie wyobrażam ich dzieciństwo :) Więc jeśli nie macie ochoty iść do cyrku, ale Wasze dzieciaki nalegają- ustąpcie i chociaż raz w ich życiu ich zabierzcie. Warto :)
P.S. Jeśli w przedszkolu lub szkole Wasze dziecko dostało bilet na tańsze wejście dla dziecka, to nie stresujcie się, jak go zostawicie przypadkiem w domu. Cena biletu będzie taka sama :) Reklama dźwignią handlu :)
W każdym razie poszliśmy i nie żałuję. Tak sobie myślę, że fajnie, żeby dziecko chociaż raz poszło w takie miejsce i poczuło tą specyficzną atmosferę. Moi byli zachwyceni. Atrakcji dla nich co niemiara.
Krzyś przy każdym wyjściu klauna tak się śmiał, że aż się ludzie oglądali :) Normalnie zanosił się śmiechem, zanim klaun cokolwiek zrobił :) Były też oczywiście pokazy sztuczek z wykorzystaniem zwierząt (trochę nie zrozumiałam przesłania pokazania dzieciom trzech żółwi, węży, które nic nie robiły i krokodyla, któremu pozwolili zrobić 5 kroków w stronę widowni - z zawiązaną paszczą):
- kot chodzący po równoważni- szok, no nie? :)
- kot poruszający się ....nie wiem jak to określić- na pachach?
- wielbłąd biegający w tą i z powrotem na mini arenie....
- pieski wożone w wózku dla lalek i samochodzikach
- pieski "śpiewające" z playbacku przez mikrofon- to było śmieszne, bo wylizywały mikrofony :)
- fretki przechodzące tor przeszkód
- gołębię chodzące po parasolu i kuli
W końcu była też przejażdżka na wielbłądzie (10 zł za jedno okrążenie. Nic, tylko kupić wielbłąda- 1zł za krok?) Ale atrakcja niezaprzeczalna. Julka się śmiała, że był taki ciepły, że wolałaby wielbłąda zamiast kaloryferów :)
Był też akrobata. W pierwszej sztuczce przebrany za Spidermana, więc radość Krzysia ogromna :)
Oczywiście były też inne atrakcje: połykanie ognia, taniec z płonącymi kulami, kręcenie talerzami na kiju, kręcenie 20 kołami hulahop naraz, popcorn i świecące zabawki. Czyli kicz i hałas :)
I mimo iż dla mnie to była średnia atrakcja (za głośno, mało widać, ławki niewygodne i bolały mnie plecy), to nie żałuję, że poszliśmy. Dzieciaki bardzo to przeżywały i dla niech była to nie lada atrakcja. Wrócili pełni wrażeń. I tak właśnie sobie wyobrażam ich dzieciństwo :) Więc jeśli nie macie ochoty iść do cyrku, ale Wasze dzieciaki nalegają- ustąpcie i chociaż raz w ich życiu ich zabierzcie. Warto :)
P.S. Jeśli w przedszkolu lub szkole Wasze dziecko dostało bilet na tańsze wejście dla dziecka, to nie stresujcie się, jak go zostawicie przypadkiem w domu. Cena biletu będzie taka sama :) Reklama dźwignią handlu :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)







