środa, 31 maja 2017

Mam kolejnego muzykanta w domu

       W dodatku kolejnego przyszłego wiolonczelistę :) Krzysiu dostał się do szkoły muzycznej. Bardzo się z tego powodu cieszymy i jesteśmy dumni z kolejnego utalentowanego dziecka w naszej rodzinie.
       Przy okazji egzaminów (tak, tak, to nie takie hop siup) przyszedł mi do głowy pomysł na posta. My byliśmy już na takim egzaminie (o uroczej nazwie "Badanie przydatności") drugi raz. Rok temu Krzysiu egzamin zdał, ale komisja odrzuciła jego kandydaturę ze względu na niedojrzałość emocjonalną. I mieli rację. W tym roku miał już zupełnie inne podejście.
      W związku z tym, że jesteśmy już przez to weteranami (i przez moją wrodzoną gadatliwość) rodzice, których spotkaliśmy na egzaminach, zadawali mi mnóstwo pytań. Okazuje się, że znałam odpowiedź na większość z nich i dlatego pomyślałam, że mogę się tym podzielić z Wami. Jeśli chcielibyście, żeby Wasz maluch (albo wcale nie taki maluch, bo nasza szkoła przyjmuje kandydatów do 17. roku życia) dostał się do szkoły muzycznej, ten post jest dla Was.



     Zacznę od tego, jak może wyglądać taki egzamin (może, bo na pewno w każdej szkole nieznacznie się on różni). U nas wyglądał bardzo podobnie jak przesłuchanie do chóru szkolnego, w którym śpiewałam w podstawówce. Być może opiekunka chóru zainspirowała się właśnie takimi egzaminami.

     Na egzamin dziecko powinno przygotować sobie dowolną piosenkę. Chodzi o to czy zaśpiewa ją czysto i rytmicznie. Jeśli piosenka jest znana, tym łatwiej będzie komisji ( u nas 3-5 nauczycieli) ocenić, czy została zaśpiewana czysto. Później dziecko musi powtórzyć wyklaskany przez nauczyciela rytm, określić czy zagrane na pianinie dźwięki są niskie czy wysokie, powtórzyć fragment zagranej melodii. Tak u nas wyglądał pierwszy etap. Komu udało się przez niego przebrnąć, mógł podejść do etapu drugiego. Tu znowu dzieci śpiewały piosenkę (mogły tę samą), słuchały fragmentu utworu muzycznego, który musiały dowolnie dokończyć. Musiały też wybrać sobie instrument perkusyjny i po jednym wysłuchaniu utworu zagrać na tym instrumencie do muzyki. Mój synek musiał też wybrać bardziej pasujący instrument (do wyboru miał marakasy i bębenek).

      Brzmi strasznie? Niekoniecznie, jeśli wcześniej odpowiednio przygotujesz dziecko. I nie mam tu na myśli siedzenia na dwa dni przed badaniem po nocach i ćwiczenia powtarzania rytmów. Zatem jak to zrobić? U nas sprawdziło się kilka rzeczy:

1. Po pierwsze i najważniejsze- nam, jako rodzicom słoń na ucho nie nadepnął :) Czyli tak, umiemy śpiewać.

2. Nasze dzieci wychowują się przy muzyce. Na początku było to moje śpiewanie w ciąży, potem kołysanki na dobranoc, Muzyka Bobasa, a później radio i CD z naszą ulubioną muzyką.

3. Bawimy się z dziećmi w różne muzyczne i rytmiczne zabawy ( o tym będzie jeszcze osobny post)

4. Uwrażliwiamy je na muzykę, słuchając często muzyki klasycznej (jeśli ktoś bardzo nie lubi, polecam muzykę filmową).

5. Duuuużo śpiewamy z dziećmi. Piosenki ze szkoły, przedszkola, ale głównie radiowe hity :) Czasem wymyślamy swojej teksty do znanych piosenek i robimy konkurs, czyja przeróbka jest najlepsza. Ostatnio naszym przebojem jest przeróbka Beaty Kozidrak:
 "Jesteś serem,
białym lub żółtym
chyba zaraz Cię zjem..." :) Nasz hymn śniadaniowy.

6. Pozwalamy im tworzyć własne instrumenty perkusyjne i na nich grać. Nigdy nie zabranialiśmy też bawić się gitarą (w domu są dwie), póki nie robili jej krzywdy :)

7. Słuchamy nie tylko muzyki, ale też dźwięków natury, głosów ludzkich (określamy do kogo podobny, np. wysoki pan, chudziutka starsza pani; miły czy nieprzyjemny) czy odgłosów miasta.

Uf, tyle na początek. W kolejnym wpisie rozwinę bardziej wątek zabaw rytmicznych i muzycznych. Mam nadzieję, że komuś się przyda.

sobota, 27 maja 2017

Atrakcyjny dzień

     Ale mieliśmy dzisiaj przeżycia! Nie dosyć, że dzieciaki pierwszy raz w życiu jechały pociągiem (całe 16 minut, dzięki czemu już 2,5 godziny później byliśmy u dziadków :)) to jeszcze miały okazję podziwiać (?) prawdziwy pożar, który w dodatku sami zgłosiliśmy na straż pożarną. Paliła się trawa koło dworca. Najpierw ogień był malutki, ale po jakimś czasie dym stał się ciemniejszy, a płomienie było widać z kilkuset metrów, więc uznaliśmy, że z ogniem nie ma żartów i zadzwoniliśmy pod 998. Krzysiu podał mi numer, zanim zaczęłam dzwonić :) Niestety, całej akcji gaśniczej nie obejrzeliśmy, bo właśnie podjeżdżał (trąbiąc na strażaków na torach) nasz pociąg.
    Zanim wróciliśmy do domu (wygodnie, samochodem z tatusiem :)) Amelka padła. Oby już na noc....

     Samą wycieczkę pociągiem polecamy. Dla dzieci wożonych głównie samochodem, to duża atrakcja, a widoki zdecydowanie ciekawsze niż z tramwaju czy autobusu. Poza tym, ile nowych rzeczy poznaliśmy- tablica odjazdów i przyjazdów była do odszyfrowania, szukanie odpowiedniego peronu, poznanie zasad kulturalnego zachowania się w środkach komunikacji publicznej. My czujemy niedosyt i już planujemy dłuższą wycieczkę.














Miła, choć szalona sobota :)

piątek, 26 maja 2017

Zabawy świeczkami, czyli wracamy do gry

      Wiadomo, że dzieci nie powinny się bawić ogniem, ale to przecież takie ciekawe zjawisko, że od czasu do czasu trzeba im to zafundować. My zrobiliśmy to właśnie dzisiaj. Eksperymentowaliśmy z ogniem i wodą. Eksperyment oczywiście w ramach Piątków z eksperymentami.

      Najpierw sprawdziliśmy jak zachowa się ogień przykryty słoikiem.



Zgasł szybko. Dokładnie po 13 sekundach, bo Krzysiu mierzył mu czas :) Wyciągnęliśmy więc logiczny wniosek, że ogień potrzebuj tlenu, żeby żyć. Jak my.



Było nam mało, więc dwie takie same świeczki zakryliśmy słoikami, ale jedną położyliśmy na talerzu z wodą.



Szybciej zgasła świeczka z wodą. W dodatku zapewniła dodatkowe efekty wizualne...


Ciśnienie w słoiku spadło i słoik zassał do środka trochę wody. Mała rzecz, a ile radochy :)



Na koniec sprawdziliśmy teorię Krzysia, że ogień potrzebuje wody, "bo tatuś zawsze polewa grilla wodą."


I wiecie co? Zgasł dopiero po całkowitym zalaniu wodą. Ku zaskoczeniu Krzysia. Nie skojarzył jakoś powiązania ogień- pożar- strażacy- woda :D To chyba zmęczenie.

środa, 24 maja 2017

Tatry z dziećmi- część 2.

      Pierwsza pobudka w Zakopcu była ciężka. Dzieci, pełne wrażeń i po kilkunastu godzinach w samochodzie baaaardzo dłuuuugo nie mogły zasnąć. Atrakcja w postaci łóżka na antresoli dla starszaków wcale nie pomagała. Melka uparcie chciała tam wchodzić. Na dodatek przed zaśnięciem płakała, że chce do domu. Powtórkę zrobiła ok.1.30 w nocy.... Na szczęście dosyć szybko udało mi się ją uspokoić, ale zanim znowu zasnęła musiałyśmy zaliczyć wizytę w wc i przygotowanie ciepłej wody z cytrynką. Dospała tylko do 7, bo słońce ją obudziło. Oj, zatęskniłam za domowymi roletami....

      Mimo to, postanowiliśmy, że zrobimy sobie nieco luźniejszy dzień, ale tak czy siak idziemy na wycieczkę. Szkoda nam było marnować piękną pogodę na chodzenie po Krupówkach. Tym bardziej, że prognoza na kolejne dni nie wyglądała obiecująco...

     Wybór padł na Dolinę Strążyską. Trasa niezbyt wymagająca, ale atrakcyjna dla dzieci. Nasze były zachwycone. Marudziły tylko przy spacerze do wejścia do Parku Narodowego. Mieszkaliśmy dosyć blisko, więc postanowiliśmy przejść się pieszo. Dzieci szybko znudził widok spadzistych dachów i wąskich uliczek. Na szczęście, po przejściu "magicznej bramy" stał się cud. Dzieciom nagle wróciły siły, a Amelka przestała narzekać, bo...zasnęła :)

     Od razu uwaga techniczna dla Dużych Rodzin- do Parku Narodowego możecie wejść za darmo i bez kolejki. Musicie tylko pamiętać o zabraniu Kart Dużej Rodziny. Pokazujecie je przy wejściu strażnikowi, a zaoszczędzone pieniądze odkładacie na lody :)

     Cała trasę daliśmy radę pokonać bez wózka. Melka przespała tylko pierwsze 15-20 minut, a potem dzielnie tuptała po nóżkach. Za Chiny nie chciała być na rękach, nawet kiedy nalegaliśmy (trasa ciągnie się w nieskończoność z ciekawskim dwulatkiem :)).

      Kiedy już dzieci zaczęły przebąkiwać, że robią się zmęczone, pojawiła się nagroda- piękny widok na Giewont. Zmęczenie minęło jak ręką odjął. I bardzo dobrze, bo nagle pojawiły się też zapasowe siły, żeby potuptać jeszcze do Siklawicy. Dzieciaki były pod ogromnym wrażeniem, bo pierwszy raz w życiu widziały wodospad. Dodatkową radość na całej trasie sprawił im śnieg. Nie spodziewały się, że jeszcze go zobaczą przed wakacjami :)

Przed wyprawą, lekcja z mapą :)




Po wejściu do Parku, codzienny punkt obowiązkowy- poznanie (a przez kolejne dni przypominanie) zasad panujących w Parku. To ważne, tym bardziej, że patrząc na zachowanie niektórych ludzi, było mi wstyd, że reprezentujemy ten sam gatunek. Palenie, rzucanie śmieci i wnoszenie pod kurtką psa było niestety na porządku dziennym :( Bardzo nam to psuło nastroje i wiarę w ludzi.




Mały bałwanek, dużo radości :)




Atrakcja dnia- Giewont.


I Siklawica. Nawet ja się załapałam na kilka zdjęć tym razem :)



Takim to dobrze :) Przy wodospadzie oblodzenie było tak mocne, że woleliśmy jednak nie ryzykować. Potem dalej tuptała po nóżkach. Na samym końcu zaliczyła piękno skok w sam środek kałuży. Było trochę płaczu i przebieranie :)






Niestety, aparat zjechał z plecaka i Giewont się tym razem nie załapał :)  statyw spokojnie leżał sobie w samochodzie.....




Zjeżdżalnia w wersji turystycznej. Spodnie całe :)




      Bardzo udana wycieczka. Trasa łatwa, do Polany Strążyskiej spokojnie można dojechać wózkiem na dużych kołach. Z Siklawicą już gorzej, ale ludzie zostawiali po prostu wózki i szli dalej pieszo. Atrakcji po drodze całkiem sporo. Moje dzieci polecają :)

poniedziałek, 15 maja 2017

Tatry z dziećmi- część 1.

Jak już wspominałam, przedłużyliśmy sobie w tym roku weekend majowy i spędziliśmy tydzień w Tatrach. Marzyliśmy o tym od dawna, bo ostatni raz w górach byliśmy całe 10 lat temu, z półroczną Julką :)




Wierzyć mi się nie chce, że to pyskujące dziewczę z wiecznym fochem (stąd domowy przydomek Fochmistrzyni :)) było takie małe i słodkie :)

Tym razem nie zapowiadało się tak lekko. Zdecydowanie łatwiej zapakować malucha do nosidła, niż dreptać z trójką, wożoną na co dzień wszędzie samochodem...

Droga z podpoznańskiej Rokietnicy do Zakopanego jest dłuuuuuuga. Im masz więcej dzieci, tym jest dłuższa. Serio! No chyba, że wyjeżdżasz tak, jak planujesz...

- Wyjdziemy o 3, żebyśmy rano byli na miejscu
- Ale kochanie, ty wracasz z pracy dopiero ok.23, musisz się trochę przespać
- No dobra, o 4.

***
- Kotek, jest 4. Spakowałam nas, tylko wpakuj to wszystko do auta
-OK, za 10 minut pakujemy dzieci do auta i jedziemy

***
- Mamusiu, a gdzie my wyjeżdżamy tak wcześniej? Przecież jest dopiero 6.40...

Także ten tego....

A dlaczego pakowałam nas w środku nocy, zamiast kilka dni wcześniej? Bo....jesteśmy super rodzicami. Wakacje zaklepaliśmy w październiku (atrakcyjna cena), a dzieci dowiedziały się dopiero za Częstochową, dokąd jedziemy i że nasz weekend majowy nie kończy się po weekendzie :)
Niestety, niespodzianki łączą się zazwyczaj z moimi zarwanymi nockami. Taki dziwny zbieg okoliczności....

Wracając do wyjazdu
Wyjechaliśmy przed 7, licząc na to, że dzieciaki prześpią jeszcze chociaż ze 2 godziny. Myliliśmy się. W związku z tym, że ich bezczelnie okłamaliśmy, średnio co 20 sekund z którychś ust padało pytanie:
- daleko jeszcze?
- a dlaczego jedziemy do Antka (kuzyn, do którego niby mieliśmy jechać) tak wcześnie?
- a jak długo się do nich jedzie?
- a ostatnio droga wyglądała inaczej
- czy my się nie zgubiliśmy?
- nie przypominam sobie, żebyśmy wcześniej jeździli do nich autostradą
- ja chcę wiedzieć, dokąd jedziemy
- muszę siusiu
- chcę jeść
- kiedy będziemy na miejscu?

I tak mniej więcej do godziny 14, kiedy to wreszcie krajobraz uległ znaczącym zmianom i naszą najstarszą latorośl olśniło. Miało to miejsce w bardzo malowniczy miejscu, które odwiedziliśmy po drodze (niekoniecznie bardzo po drodze, ale taki był zamysł mojego małżonka).
- Czy my nie jedziemy przypadkiem w góry?

Tu nastąpiła zmiana frontu. Z dzieci jęcząco-marudzących, nagle w aucie zrobiły się rozchichrane aniołki. Przecież od kilku tygodni dopytywały mnie, czy kiedyś pojedziemy w góry, bo kolega był i bo fajną książkę przeglądali i by kiedyś też chcieli. A ja z kamienną twarzą, pękając ze śmiechu w środku odpowiadałam, że może za dwa, trzy lata, jak Melka podrośnie... :)

Piękne miejsce, które odwiedziliśmy (nie do końca) po drodze, to Skalne Miasto Podzamcza, w Ogrodzieńcu. Trochę ścieżek do przetestowania małych nóżek, kilka skałek o ciekawych kształtach i ruiny zamku. No i zbyt wiele straganów z pamiątkami. Na szczęście udało nam się powstrzymać dzieciaki przed wydaniem wszystkich pieniędzy już pierwszego dnia naszego wyjazdu.











Tu zaczęliśmy trening z pilnowania szlaków :)


Ciekawe spotkania na szlaku


Każdy wędrowiec musi mieć laskę :)











I tak nam właściwie minął pierwszy dzień naszej wyprawy. Do Zakopanego dojechaliśmy około 19.00. Po zameldowaniu i rozpakowaniu w Duchu Tatr, nikt już nie miał siły na spacery. Mimo to, ok.21 poszliśmy jeszcze na małe zakupy spożywcze i padliśmy ze zmęczenia. Wcześniej jednak dzieci opisały swoje wrażenia w nowych notatnikach. To nam dało chwilkę na drzemkę :) Polecam takie rozwiązania. Notatniki z tackami i długopisami kupiłam za grosze w Netto. Dzieci codziennie miały opisywać swój dzień, co zapamiętały, co im się podobało. Dodatkowo, robiły rysunki. Taka chwila wyciszenia jest potrzebna po ciężkim dniu. Szczególnie rodzicom :)


Na dzisiaj tyle, bo i tak się rozpisałam. W kolejny poście nasza pierwsza górska wyprawa.