środa, 8 października 2014

Wizyta w cyrku

Wiem, wiem. Wszędzie się trąbi, że w cyrku męczy się zwierzęta (zgadzam się z tym) i że w związku z tym nie wolno tam chodzić. Ale jak to odmówić dzieciom, kiedy cyrk rozbija się zaraz za naszym domem? I to dosłownie. Kiedy rano odsłaniałyśmy z Julką rolety zobaczyłyśmy za oknem wielbłąda :) Dobrze, że nie u nas w ogródku, bo pies by chyba na zawał zszedł :)

W każdym razie poszliśmy i nie żałuję. Tak sobie myślę, że fajnie, żeby dziecko chociaż raz poszło w takie miejsce i poczuło tą specyficzną atmosferę. Moi byli zachwyceni. Atrakcji dla nich co niemiara.
Krzyś przy każdym wyjściu klauna tak się śmiał, że aż się ludzie oglądali :) Normalnie zanosił się śmiechem, zanim klaun cokolwiek zrobił :) Były też oczywiście pokazy sztuczek z wykorzystaniem zwierząt (trochę nie zrozumiałam przesłania pokazania dzieciom trzech żółwi, węży, które nic nie robiły i krokodyla, któremu pozwolili zrobić 5 kroków w stronę widowni - z zawiązaną paszczą):
- kot chodzący po równoważni- szok, no nie? :)
- kot poruszający się ....nie wiem jak to określić- na pachach?

 - wielbłąd biegający w tą i z powrotem na mini arenie....
- pieski wożone w wózku dla lalek i samochodzikach
- pieski "śpiewające" z playbacku przez mikrofon- to było śmieszne, bo wylizywały mikrofony :)
- fretki przechodzące tor przeszkód
- gołębię chodzące po parasolu i kuli

W końcu była też przejażdżka na wielbłądzie (10 zł za jedno okrążenie. Nic, tylko kupić wielbłąda- 1zł za krok?) Ale atrakcja niezaprzeczalna. Julka się śmiała, że był taki ciepły, że wolałaby wielbłąda zamiast kaloryferów :)




 Był też akrobata. W pierwszej sztuczce przebrany za Spidermana, więc radość Krzysia ogromna :)
Oczywiście były też inne atrakcje: połykanie ognia, taniec z płonącymi kulami, kręcenie talerzami na kiju, kręcenie 20 kołami hulahop naraz, popcorn i świecące zabawki. Czyli kicz i hałas :)

I mimo iż dla mnie to była średnia atrakcja (za głośno, mało widać, ławki niewygodne i bolały mnie plecy), to nie żałuję, że poszliśmy. Dzieciaki bardzo to przeżywały i dla niech była to nie lada atrakcja. Wrócili pełni wrażeń. I tak właśnie sobie wyobrażam ich dzieciństwo :) Więc jeśli nie macie ochoty iść do cyrku, ale Wasze dzieciaki nalegają- ustąpcie i chociaż raz w ich życiu ich zabierzcie. Warto :)

P.S. Jeśli w przedszkolu lub szkole Wasze dziecko dostało bilet na tańsze wejście dla dziecka, to nie stresujcie się, jak go zostawicie przypadkiem w domu. Cena biletu będzie taka sama :) Reklama dźwignią handlu :)

2 komentarze:

  1. Zaprowadzę dzieci do cyrku dopiero wtedy, gdy odwiedzi nas taki w którym nie występują zwierzęta.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem czy takie w ogóle istnieją, a też bym taki chętniej wybrała. Ale niestety, jak za oknem pojawia się wielbłąd to już nie ma zmiłuj :)

      Usuń